O KOCIE, KTÓRY ZASNĄŁ NA PŁOCIE

kocury

Był sobie raz kot o imieniu Pyciu. Okropny był z niego łobuziak. Zaczepiał wszystkie koty w okolicy i wszczynał z nimi bójki. Żadnemu nie przepuścił. “Czemu się tu plączesz. oberwańcu?” – tak zwykle zagajał rozmowę. – “Nie widzisz, że to moje podwórko, mój płot, mój śmietnik? Jakem Pyciu, zaraz ci uszy powyrywam i ogon obgryzę do czysta, jeśli się zaraz stąd nie wyniesiesz!”

I koty czasem się wynosiły, a czasem nie. To zależało od tego, czy były miłe, ciche i łagodne, czy też były z nich takie same łobuziaki jak z Pycia.

Z czasem te grzeczne i pokojowo nastawione nauczyły się z daleka omijać podwórko Pycia. A zaglądały tam tylko najbardziej wojownicze kocury, które akurat miały ochotę na małą sprzeczkę i rozgrzewającą bijatykę z mnóstwem wrzasków, połamanych pazurów i fruwającego futra.

W końcu doszło do tego, że Pyciu musiał bez przerwy patrolować swoją okolicę. W dzień i w nocy. W upalne popołudnia i mroźne poranki. Nie jadł, mało sypiał, w ogóle nie bawił się swoją ulubioną, piszczącą różową myszką. Wyglądał okropnie – pozlepiane futro, naderwane ucho i blizna nad okiem. A dawniej taki był z niego przystojny kocur! Teraz nie miał czasu, żeby godzinami wylizywać futerko. Teraz Pilnował Terenu.

I pewnego razu, po wyjątkowo ciężkiej walce z rudym kocurem Gerwazym, który wpadł do niego na małą bijatykę przed śniadaniem, Pyciu poczuł się tak zmęczony, tak strasznie zmęczony, że siedząc na płocie przymknął najpierw prawe oko… po chwili lewe… i zasnął!  Spał tak mocno, że nie widział wróbli, które ośmielone jego zachowaniem skakały mu tuż przed nosem. A jeden, wyjątkowo bezczelny pociągnął go nawet za wąs!… Nie zauważył, że do jego śmietnika dobierają się Zyzio i Maurycy – dwa kocury, którym dopiero dwa dni temu spuścił lanie za samo  p a t r z e n i e  na pojemniki!… I nie poczuł, że tuż koło niego, na płocie przysiadła Kruszynka, drobna biała kotka, i że zaczęła go delikatnie wylizywać; od czubka nosa, przez naderwane uszy, aż po koniec ogona… Pycio spał, i śniło mu się, że jest malutkim kotkiem, a jego mama, przytrzymując go łapą, myje go swoim szorstkim językiem, raz koło razu… A Pyciowi jest tak dobrze, tak strasznie dobrze, że zaczyna mruczeć ze szczęścia… Pycio uśmiechnął się przez sen, rozluźnił od dawna napięte mięśnie, wsunął pazury, którymi wpijał się w płot i… w tym momencie zleciał, zleciał na grządkę bratków!

Och jak śmiały się wróble! Jak pękali ze śmiechu Zyzio i Maurycy! Zyzio aż zakrztusił się rybim ogonem, który wyłowił ze śmietnika, a Maurycy przewrócił się na grzbiet i wywijał w powietrzu łapami!

Nie śmiała się tylko Kruszynka. Wdzięcznie zeskoczyła z płotu, podeszła do wesołków i prychnęła:
– Lepiej spaść z płotu, niż nigdy się na niego nie wdrapać!
Kocury zaniemówiły z wrażenia. A Kruszynka zbliżyła się do Pycia, otarła się o niego i zamruczała:
– Jesteś naprawdę wspaniały!
I odtąd Kruszynka i Pycio spędzali mnóstwo czasu razem, i Pyciowi przeszła chętka do bójek. Tylko od czasu do czasu przetrzepał jakiemuś kotu skórę, ot, tak, “żeby nie wyjść z wprawy”, jak mówił swoim dzieciom, które wkrótce się im urodziły: Puszkowi, Czarnemu Uszku i Malwince.

Bo czasem trzeba upaść na głowę, żeby się w niej poukładało.

Reklamy