JAK KLEMENTYNA ZOSTAŁA KOCIĄ MAMĄ

kotek śpi

Klementyna miała wtedy sześć lat. Pewnie trochę mniej albo trochę więcej niż ty masz teraz. A może dokładnie tyle samo?
Mieszkała ze swoją Mamą w małym mieszkanku, na ostatnim piętrze, w starym domu, w którym drewniane schody skrzypiały, nawet gdy nikt po nich nie chodził, a wiatr szumiał w kominie, nawet gdy dzień był całkiem bezwietrzny. Przez okna było widać dachy innych domów, a za nimi, daleko w tle, Wielkie Góry. Które czasem były dalej, a czasem bliżej, i Klementyna zawsze się zastanawiała, czy to ich dom się do nich przysuwa i odsuwa, czy też góry stają czasem dalej, a czasem zupełnie bliziutko Miasteczka i zaglądają ludziom do okien.
W te dni, gdy były daleko i jakby za mgłą, Klementyna miewała kiepski humor. Wydawało się jej, że może w ogóle pójdą sobie i nie wrócą, i było jej Przykro.
I jednego z takich dni, który na dodatek był jeszcze zimny i deszczowy, Klementyna usłyszała coś jakby cichutkie skrobanie za oknem. Otworzyła je ostrożnie i wiecie co?… Na pochyłym, drewnianym dachu zobaczyła siedzącą wielką wronę, która przyniosła sobie porwane nie wiadomo skąd małe kociątko i teraz przyglądała się mu przekrzywiając głowę, jakby zastanawiała się, po co jej to było i co właściwie ma z tym przemokniętym i popiskującym kłębkiem futra zrobić. Kociak kulił się przerażony i wpijał małymi pazurkami w gonty.
Klementyna nie zastanawiała się ani przez chwilę, zawołała sio! do wrony, a sama wychyliła się i zdjęła kotka z dachu. Zaraz też osuszyła go mięciutkim ręcznikiem i dała mu cieplutkie mleczko do wypicia. Kociak najpierw był przestraszony, ale wkrótce zapomniał o przykrej przygodzie z wroną i zaczął biegać po całym mieszkaniu, z ciekawością zaglądając do każdego kąta i zakamarka. Po chwili dotarł do fotela, na którym siedziała Mama i czytała książkę, i szybko wspiął się po jej nodze na kolana. Ale Mama się wystraszyła!
– Co to jest? – zawołała.
– To… kotek – powiedziała Klementyna. – Całkiem malutki.
– Widzę. Ale skąd się tu wziął?
– Przyleciał.
– Aha. A kiedy odleci?
– Mamo… naprawdę, nie bądź taka! Czy nie możemy go zatrzymać?
– A kto będzie się nim opiekował? Z małym kotkiem jest dużo roboty.
– Ja, mamusiu! Ja będę! Zobaczysz!
– Będziesz go karmić, przytulać i sprzątać jego kuwetkę, i chodzić do weterynarza, gdy zachoruje albo na szczepienia?
– Tak, mamusiu.
I od tej pory Klementyna nie miała prawie wcale czasu dla siebie. Kotek był naprawdę bardzo absorbujący – ciągle albo chciał jeść (a jadł tak, że brzuszek robił mu się okrągły jak piłeczka), albo pić, albo rozsypywał piasek z kuwetki, albo chował się w ciasny kącik i piszczał, bo nie potrafił z niego wyjść, albo drapał kanapę, albo… Ciągle było jakieś albo!
Był słodki i strasznie śmieszny, ale trzeba było się nim zajmować przez cały czas. Chodził za Klementyną krok w krok i próbował ugryźć ją w piętę, nie na poważnie, ale tak dla zabawy. A wieczorem… wieczorem zwykle zasypiał przytulony do Klementyny, i był wtedy taki milusi! Tylko, że niestety w środku nocy budził się i zaczynał harcować, uważając że to najlepsza pora na zabawę! Budził Klementynę, budził jej mamę i nie było to wcale przyjemne. Ale Klementyna wszystko mu wybaczała, bo bardzo kochała swojego kotka. I mama któregoś dnia pogłaskała ją po głowie i powiedziała:
– Brawo, córciu, prawdziwa z ciebie Kocia Mama!
– To dobrze, że tak myślisz, mamusiu. Bo wczoraj znalazłam jeszcze jego, na podwórku, za śmietnikiem… – i Klementyna wyjęła z tekturowego pudełka drugiego kociaka, rudego, z białą plamką wokół jednego oka. – Mogę go zatrzymać? Proooszę…
Kotek spojrzał na mamę i miauknął:
– Miau?…

Reklamy