BAJKA O BABCI, DZIADKU I SMOCZEJ JAMIE

matylda

Była sobie raz pewna Babcia, która mieszkała w samym środku lasu. I był pewien Dziadek, który mieszkał na samym szczycie najwyższej góry. Prawie nigdy się nie widywali, bo Babcia chodziła po lesie, gdzie zbierała latem jagody i poziomki, jesienią grzyby, a zimą chrust i gałęzie na podpałkę. A dziadek latem pasł swoje trzy owce wysoko na halach, jesienią robił oscypki z owczego sera, a zimą jeździł na nartach.
Widywali się tylko raz do roku – na urodzinach swojej wnuczki, Matyldy.

Oboje wtedy przychodzili do Miasteczka w swoich najlepszych strojach i porządnie wyczyszczonych butach, i każde przynosiło jakiś prezent. Dziadek zwykle rzeźbił coś z drewna – a to konika, a to krasnala, a to malutkie saneczki. A Babcia miała w koszyku słoiki z najlepszą konfiturą, albo pyszne ciasteczka z jagodami, albo ubranka dla lalek uszyte z gałganków.

Matylda zawsze bardzo cieszyła się na te ich odwiedziny. Widywała wprawdzie i Babcię, i Dziadka dużo częściej – Mama zabierała ją do lasu albo w góry i odwiedzała raz jedno, raz drugie. Ale tylko w swoje urodziny widywała ich razem, a było na co popatrzeć.

Babcia z Dziadkiem pokłócili się o coś bardzo, bardzo dawno temu, tak dawno, że Matyldy jeszcze nie było wtedy na świecie. Tak dawno, że Mama była wtedy małą dziewczynką. Tak dawno, że sami już nie pamiętali, o co. Ale od tamtej pory nie rozmawiali ze sobą i za każdym razem było to bardzo kłopotliwe, gdy odwiedzali swoją wnuczkę i próbowali być uprzejmi, bo na urodzinach trzeba być uprzejmym, choćby nie wiem co. Ale jak tu być uprzejmym, gdy nic się do siebie nie mówi? Uśmiechali się więc trochę krzywo albo poważnie kiwali głowami i tak mijał czas.

Aż pewnego razu, a były to czwarte urodziny Matyldy, Dziadek nie zjawił się w jej domu. Poprzedniej nocy spadł duży śnieg i Babcia przyjechała na swoim śnieżnym skuterze. Przywiozła dla Matyldy pyszne pączki z czekoladą i spódniczkę uplecioną z pajęczych nici i księżycowych promieni, i trzy słoiczki świerkowego miodu. Potem czekały przy zastawionym stole, ale nikt nie zapukał do drzwi. Mama wzięła więc telefon i po raz kolejny wykręciła Dziadka numer – Dziadek nie odbierał.

Wszystkie bardzo się zdenerwowały, bo Dziadek nigdy nie opuścił urodzin wnuczki.
– Może zabłądził? – powiedziała Mama, ale Babcia tylko prychnęła. Dziadek znał Góry jak własną kieszeń, a do Miasteczka umiał trafić nawet z zawiązanymi oczami.
– Może poszedł na jakieś inne urodziny? – westchnęła Matylda. Ale Mama przytuliła ją mocno i powiedziała: – Na pewno nie.
– A może wpadł do Smoczej Jamy? – zapytała Babcia i wszystkie poczuły, że właśnie to musiało się stać. Smocza Jama była głęboka i nie prowadziła do niej żadna ścieżka. Otaczające ją pionowe skały były tak twarde, że nie dało się w nie wbić żadnego haka do przywiązania drabinki sznurowej czy chociaż liny, ani wykuć stopni. Dziadek konstruował więc różne urządzenia, rusztowania i latające machiny, byle tylko dostać się na jej dno, ale jak dotąd z marnym skutkiem.
– Chodźmy prędko! – zawołała Babcia i natychmiast wsiadły na jej skuter śnieżny i ruszyły. Zimą szybko zapada zmierzch i zanim dojechały na krawędź Smoczej Jamy, słońce schowało się już za najbliższą górę.
Stanęły na brzegu przepaści i spojrzały w dół, ale nic nie zobaczyły oprócz smolistej czerni. Smocza Jama była naprawdę głęboka. Zawołały więc: Hej!
– Hej, hej – odpowiedziało echo.
Nagle Babcia zauważyła coś, co niewątpliwie było kolejnym wynalazkiem Dziadka – drewnianą konstrukcję z kołowrotkiem i przymocowaną do niej liną, która ginęła w mroku Jamy.
Szybko złapały za korbę i zaczęły nią z wysiłkiem kręcić, nawijając linę na wałek. Kręciły tak i kręciły, kołowrotek skrzypiał, one sapały w wysiłku, napięta lina drżała… Aż wreszcie na jej końcu ujrzały przywiązane wielkie wiadro, a w nim – śpiącego Dziadka!

Gdy z wielkim hukiem postawiły wreszcie wiadro na skale, Dziadek otworzył oczy.
– Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, sikoreczko! – powiedział gramoląc się z wiadra i obejmując wnuczkę.
I tu Babcia nie wytrzymała, i przerwała wieloletnie milczenie:
– I co, widziałeś Smoka?
Dziadek ze smutkiem potrząsnął głową.
– Nie, nie. Lina była za krótka. Ale następnym razem na pewno mi się uda, staruszko! – i uśmiechnął się do niej szeroko.

Reklamy