KUM! KUM! KUM!

W górskim oczku wodnym, jakieś 50 metrów od mojej chaty na Bardzo Głęboką Szczeliną, też już widać wiosnę. Jak, zapytacie? A tak, że mieszkający tam Pan Żaba za swoją małżonką, Panią Żabą wzięli się właśnie do składania skrzeku, czyli małych, galaretowatych jaj, z czarną kropką w środku, z których za jakiś czas wylęgną się kijanki, a z nich zrobią się małe żabki. Będą mieli tych żabich dzieciaków tyle, że na pewno nie starczy im imion do nadawania, dlatego tyle żab ma na imię Robert albo Krysia – żaby nazywają tak większość swoich dzieci, żeby im się nie myliły. Wołają “Robert!” i jakieś trzysta kijanek płynie w ich kierunku. Albo “Krysia!” i następne kilkaset macha energicznie ogonkami, żeby podpłynąć jak najbliżej rodziców. Lubię patrzeć na kijanki baraszkujące w wodzie; myślę wtedy o tych wszystkich komarach, które połkną, gdy zostaną żabami. No i uwielbiam żabie koncerty… Sezon zaczyna się gdzieś pod koniec kwietnia i trwa przez całe lato. Co wieczór jest wprawdzie ten sam repertuar, ale mnie się nigdy nie nudzi. Kumkają i skrzeczą , a ja po ciężkim dniu wiedźmowej roboty siedzę na mojej werandzie, patrzę na gwiazdy i słucham żabiego rechotu…   zaba

 

 

CISZA I SPOKÓJ

Opowiem Wam dziś krótką historię o pewnej żabie, która nie chciała słuchać kumkania swoich kolegów i koleżanek, bo twierdziła, że najbardziej lubi Ciszę i Spokój. Gdy tylko w pobliżu ktoś zarechotał albo nawet wypuścił parę baniek pod wodą, zaraz robiła obrażoną minę, zatykała uszy i przenosiła się na inny liść. W końcu w ogóle wyniosła się ze stawu i zamieszkała w odległej kałuży. Najpierw była zachwycona nowym mieszkaniem – miała całą kałużę dla siebie; w pobliżu nie było nie tylko żadnej kumkającej żaby, ale w ogóle żadnego stworzenia. I było cicho, tak cicho, że żaba słyszała, jak trawy szepczą ocierając się o siebie, a nocą, jak gwiazdy pobrzękują cichutko, dzyń, dzyń. A może jej się tylko zdawało. I z każdym dniem robiło się coraz ciszej. Ciszej i bardziej gorąco. Powietrze stało nieruchomo, nie wiał nawet najlżejszy wiatr. Żaba dzień po dniu wystawiała biały brzuch do słońca i rozkoszowała się doskonałą Ciszą i Spokojem. Aż pewnego dnia zauważyła, że jej kałuża zrobiła się znacznie mniejsza. I codziennie kurczyła się coraz bardziej. Najpierw żaba nie przejęła się zbytnio. “Mniejsza kałuża, mniejszy kłopot” – mówiła sobie. Ale gdy obudziła się pewnego ranka i odkryła, że woda w najgłębszym miejscu sięga jej zaledwie do kolan, przestraszyła się nie na żarty. Zrozumiała że jutro, najpóźniej pojutrze kałuża wyschnie zupełnie. A ona wraz z nią, bo żaba bez wody jest jak… no, właśnie, żaba bez wody. Postanowiła więc wrócić do swojego rodzinnego stawu. “Trochę tam za głośno jak dla mnie, ale lepsze to niż śmierć przez wysuszenie”. Co z tego skoro nie mogła znaleźć drogi powrotnej. Błąkała się po wysuszonych łąkach tu i tam, kicała po spieczonej, spękanej ziemi i nie widziała, ani nie słyszała nikogo. Wszędzie była tylko Cisza i Spokój. I wykończona żaba zrozumiała, że czeka ją Wieczna Cisza i Spokój. Przycupnęła w cieniu jakiegoś wykrzywionego płotu, zamknęła oczy i zasnęła. Obudził ją potworny huk. Cale niebo drżało od kolejnych grzmotów. Burza! Wkrótce lunął deszcz i walił o ziemię tak mocno, że niemal zagłuszał odgłosy piorunów. Och, jak cieszyła się żaba, jak podskakiwała, rozchlapywała wodę i kumkała w niebogłosy! A gdy burza minęła, wszędzie było pełno nowych kałuż. Ale żaba wróciła do stawu, bo zrozumiała, że Cisza i Spokój jednak odpowiadają jej znacznie mniej, niż niegdyś sądziła.

Reklamy