PELAGIA

sierotka hustawka

Była sobie raz dziewczynka o imieniu Pelagia. Bardzo nie lubiła tego imienia, bo uważała, że jest staroświeckie i głupie. No, ale tak miała na imię i już.

Pelagia mieszkała zupełnie sama w ogromnym, obrośniętym winoroślą domu, który stał w zapuszczonym ogrodzie. Było tak, odkąd pamiętała.

Na pewno myślicie teraz: To jakaś bujda! Jak mała dziewczynka, nawet taka, która ma na imię Pelagia, może mieszkać Zupełnie Sama w wielkim domu! Kto mówi jej kiedy ma wstać, iść do szkoły, kto robi jej obiad i kąpiel, kto czyta jej na dobranoc i upomina, żeby posprzątała swój pokój? Otóż nikt! Pelagia robiła, co chciała i kiedy chciała. Jadła to, co znalazła w ogrodzie, piła wodę ze studni i była bardzo zadowolona. W swoim ogromnym, zdziczałym ogrodzie znajdowała nie tylko marchewki, jabłka, orzechy i sałatę, ale także jajka, bo mieszkały w nim kury. Codziennie wyjmowała z wielkiego słoja stojącego na komodzie w salonie 5 groszy i zostawiała je ładnie owinięte w kolorowy papierek albo listek przy furtce. A rano stała tam butelka mleka i pieczywo w papierowej torbie. Kto przynosił jej te smakołyki, nie wiedziała, bo nigdy nie udało jej się wstać dostatecznie wcześnie, żeby tego kogoś przyłapać. To jeden z minusów mieszkania bez rodziców, którzy zrywają człowieka wcześnie rano i każą czesać włosy, i iść do szkoły.

Ogród Pelagii był tak duży, że wciąż nie znała wszystkich jego zakątków. W pewien czwartek albo wtorek, albo całkiem inny dzień – Pelagia nigdy nie wiedziała, jaki jest dzień tygodnia – postanowiła zapuścić się za żywopłot otaczający sad i sprawdzić, co jest po drugiej stronie. Okropnie się podrapała przedzierając się przez splątane gałęzie, ale w końcu jej się udało. Po drugiej stronie była dalsza część ogrodu, jeszcze bardziej zapuszczona i dzika, o ile to w ogóle możliwe. Ale Pelagia znalazła tam jedną niezwykłą rzecz, której do tej pory nigdy nie widziała.  Z grubej gałęzi wielkiego kasztanowca, który właśnie kwitł, zwisały dwa sznury, a do nich przywiązana była mała deseczka, pomalowana na zielono. Pelagia oglądała deseczkę z jednej i drugiej strony, dotykała grubych sznurów i myślała. W końcu doszła do wniosku, że to jakieś dziwne, wiszące krzesełko i usiadła na nim. Nie było zbyt wygodne – deseczka była twarda – i nie miało oparcia. Pelagia już miała z niego zejść, gdy przyszło jej do głowy, żeby odepchnąć się nogami od ziemi. I wtedy się zaczęło! Krzesełko poleciało do tyłu, a potem do przodu, tam i z powrotem! Pelagia znów się odepchnęła i znów pofrunęła w powietrze… Och, co to była za zabawa! W górę i w dół, coraz mocniej i wyżej. Pelagia fruwała, śmiejąc się na cały głos.

Huśtała się na huśtawce tak długo, że zapomniała tego wieczora zostawić 5 groszy przy furtce. I następnego dnia dnia znów pobiegła za żywopłot. I znów się huśtała, coraz wyżej i wyżej, w miarę, jak nabierała wprawy. Postanowiła rozhuśtać się tak wysoko, żeby znaleźć się wyżej od korony kasztanowca i innych rosnących w ogrodzie drzew, wyżej niż dach jej domu obrośniętego winoroślą, tak wysoko, żeby zobaczyć, jak daleko ciągnie się jej ogród i co jest za nim… I wiecie co? W końcu jej się udało. I kiedy zobaczyła błękitne niebo nad sobą i płynące po nim białe obłoczki, i cały wielki świat roztaczający się za granicami jej ogrodu, po prostu puściła sznury huśtawki i odleciała.

Dokąd? Tego nie wiem ani nikt w naszym miasteczku. Po prostu odkryliśmy po jakimś czasie, że wielki dom jest zupełnie pusty i w jego zakurzonych pokojach i zdziczałym ogrodzie nie mieszka już mała dziewczynka o staromodnym imieniu, Pelagia.

Reklamy