BEKSA

sierotka placze

 

Opowiem wam historię o pewnej dziewczynce, która bez przerwy płakała. Nie wiem nawet, jak miała na imię, bo kiedy ją kiedyś zapytałam, wykrzywiła buzię i zabuczała: Uuuuu!.

A “Uuuuu” to chyba nie mogło być jej imię, prawda?

 

Płaczącą dziewczynkę bez imienia wszyscy nazywali “Beksą”; nawet nie przez złośliwość, ale dlatego, że każdy musi się jakoś nazywać. No, bo gdyby nie było imion, powstałoby straszne zamieszanie. Na przykład mama wychylałaby się przez okno na podwórko i wołała: “Hej, ty, chodź na obiad!” i wtedy wszystkie dzieci przybiegałyby, i nie starczyłoby dla nich zupy, a zwłaszcza deseru. Albo pani w szkole chciałaby kogoś wywołać do tablicy i mówiłaby: “To zadanie rozwiąże… ktokolwiek”. I wtedy nikt nie podszedłby do tablicy, bo każdy myślałby sobie “Ja nie jestem ktokolwiek, ja jestem ja.” Imiona są bardzo potrzebne, możecie mi wierzyć.

 

Wracając do naszej płaczącej dziewczynki, czyli Beksy, to oczywiście jej rodzice początkowo bardzo martwili się jej płaczem. Ale w końcu do niego przywykli, bo ludzie przywykają do wszystkiego. Poza tym dziewczynka nie wydawała się ani chora, ani głodna, ani nieszczęśliwa – po prostu płakała sobie. Lała łzy rano, chlipała w południe, zanosiła się płaczem pod wieczór, a nawet pociągała nosem przez sen.

 

Musiała dużo pić ta dziewczynka, no bo inaczej mogłaby się odwodnić, a to bardzo niebezpieczne dla zdrowia. Najbardziej lubiła wodę z sokiem malinowym i piła ją zawsze przez rurkę. A rurka koniecznie musiała być różowa, bo to był ulubiony kolor dziewczynki.

 

No i wyobraźcie sobie, że pewnego razu mama się zagapiła albo tata nie pamiętał – w każdym razie w domu zabrakło różowych rurek. Beksa zanosząc się płaczem przygotowała sobie swój ulubiony różowy kubeczek ze swoim ulubionym różowym napojem (woda z sokiem malinowym, przypominam), sięgnęła lejąc łzy do szuflady z rurkami, a tam… żółte rurki, zielone, niebieskie i pomarańczowe, i ani jednej różowej!

 

No i tak się zdziwiła i oburzyła, że przestała płakać! Nie płakała przez całe siedemnaście minut, w trakcie których jej brat pojechał rowerem do sklepu, żeby kupić różowe rurki. Było to najdziwniejsze siedemnaście minut w życiu Beksy i jej rodziców. W domu zapanowała taka cisza, że słychać było, jak woda kapie z kranu, że mucha bzyczy na suficie i że u sąsiadów leci mecz w telewizji. Beksa patrzyła w osłupieniu na rodziców, a rodzice na nią. Żadne z nich nie wiedziało, co należy powiedzieć w takiej sytuacji. Tato drapał się nerwowo w kolano, a mama słyszała jak jej w głowie myśli trzepoczą się jak oszalałe, obijając się o siebie, i bała się, że zaraz rozsadzą jej głowę.

Na szczęście w tej chwili brat przywiózł Beksie różowe rurki. Gdy tylko je zobaczyła, jej buzia wygięła się w podkówkę i zaczęła beczeć.

Wszyscy odetchnęli z ulgą.

 

Reklamy