HORTENSJA KWIATEK

baletnica figurka

 

W salonie mojej ciotecznej prababki stała stara, pięknie rzeźbiona szafka z przeszklonymi drzwiami. A na jej półkach mnóstwo różnych różności. Moja cioteczna prababka, Hortensja (wiem, że to dziwaczne imię, ale właśnie tak śmiesznie się nazywała: Hortensja Kwiatek), nazywała te różne różności “bibelotami”, a szafkę “serwantką”. W ogóle używała wielu dziwnych słów. Może dlatego tak bardzo lubiłam ją odwiedzać; było to trochę jak wyprawa do zagranicznego kraju, gdzie ludzie niby są do nas podobni, ale mają całkiem inne zwyczaje i mówią w obcym języku.

 

Najbardziej podobało mi się to, że różne różności w babcinej serwantce absolutnie do niczego nie służyły. Prababka nigdy nie wyjmowała z niej cieniutkich porcelanowych filiżanek pomalowanych w kwiatki i ze złotym szlaczkiem wokół brzegu – nawet gdy przychodził do niej Pan Poczmistrz, na którego wizyty ogromnie się cieszyła, przebierała w swoje najpiękniejsze sukienki i podawała mu najbardziej kruche ciasteczka, cały czas się uśmiechając, gdy zjadał jedno za drugim. To samo można powiedzieć na temat talerzy malowanych w chińskie smoki, kryształowej podstawki na nóżce, którą prababka nazywała “paterą”, srebrnej cukiernicy i wszystkich porcelanowych figurek, które się w serwantce znajdowały.

– Jak to “niczemu nie służą”? – powiedziała kiedyś. – Służą temu, by cieszyć moje oczy.

 

Jeśli chodzi o moje oczy, to najbardziej cieszyły się widokiem porcelanowej baletnicy z uniesionymi w tańcu rękami. Była w bladoróżowym kolorze i miała bardzo ładną sukienkę i baletki. Prababka pozwalała mi czasem brać ją do ręki, ale tylko w swojej obecności i pod warunkiem, że siedziałam spokojnie i trzymałam ją nad kolanami, żeby przypadkiem nie stłukła się, upadając na podłogę. Była bardzo cenna, tak mówiła prababka, bo miała ponad trzysta lat. Ja zawsze myślałam, że im rzeczy są starsze, tym bardziej nadają się do wyrzucenia, ale prababka powiedziała, że jak coś jest naprawdę stare, to nazywa się “antyk” i ludzie płacą mnóstwo pieniędzy, żeby to mieć. Postanowiłam wtedy, że nie wyrzucę moich połamanych mebelków dla lalek, tylko zaczekam okropnie długo, na przykład trzysta lat, i potem je sprzedam za milion dolarów. A prababka się uśmiechnęła i powiedziała “Świetny pomysł”.

 

O, tak, lubiłam odwiedzać prababkę Hortensję Kwiatek! Mieszkała w tej samej kamienicy, po drugiej stronie podwórka, i mama pozwalała mi tam chodzić samej. Gdy miałam siedem lat, zaglądałam tam bardzo często, bo w naszym domu nie działo się najlepiej. Mama z Tatą kłócili się okropnie, a nie znosiłam słuchać, jak na siebie krzyczą. W końcu Tato się wyprowadził. Wyprowadził tak zupełnie, że w ogóle go nie widywałyśmy. Mama zaczęła szukać pracy, ale niezbyt jej szło, więc była ciągle zdenerwowana i smutna. No i ciągle brakowała nam pieniędzy. Jadłyśmy coraz skromniej, a ja zaczęłam chodzić w dziurawych bucikach. Mama chciała kupić sobie maszynę do szycia, bo wymyśliła, że szyjąc ładne sukienki i bluzki, zarobi na nas. Co z tego, kiedy nie miała jej za co kupić.

 

Nigdy nie mówiłam o naszych kłopotach ciotecznej prababce, bo nie chciałam jej denerwować. Nie, to nieprawda. Nie mówiłam jej, bo wolałam udawać, że wszystko jest jak dawniej. Że wszystko jest w porządku, mama nie płacze, a Tato zaraz wróci z delegacji. Wiem, że nieładnie jest kłamać, ale właśnie to mówiłam, opowiadając na pytania prababki o dom. Ale tego dnia wydało mi się, że babka jakoś podejrzliwie zerknęła na mój dziurawy bucik. Szybko schowałam nogę pod krzesło.

– Mogę pobawić się baletnicą? – spytałam.

– Obawiam się, że nic z tego.

– Jak to?

– Och, parę dni temu przyszedł do niej list z z Paryża. Zaproponowano jej tam kontrakt i go przyjęła. W Operze Paryskiej. Nie mówiłam ci?

– Babciu, ty żartujesz, prawda?

– Nie. Sama zobacz.

Pobiegłam do serwantki i rzeczywiście. W miejscu, gdzie powinna stać różowa baletnica, nic nie stało; leżała tylko mała, różowa karteczka, starannie złożona na cztery części. Powąchałam ją – pachniała jaśminem. Gdy ją rozłożyłam, zobaczyłam, że jest tam coś napisane. Wróciłam biegiem do prababki.

– To liścik do ciebie, nie do mnie – powiedziała. – Przeczytaj.

W wieku siedmiu lat czytanie wciąż nie szło mi najlepiej, choć inne dzieci w mojej klasie świetnie już sobie z tym radziły. Ale prababka pocieszała mnie, mówiąc, że nie jest ważne, jak szybko ktoś czyta, tylko jak głęboko w niego zapada to, co przeczytał. To, co było napisane na małej, różowej karteczce, zapadło we mnie naprawdę głęboko, skoro dziś, po tylu latach, nadal pamiętam słowo w słowo:

“Nie płacz nad rozlanym mlekiem, zepsutą zabawką, rozbitą porcelaną. Płacz nad złamanym sercem.”

– Co to znaczy, babciu? – spytałam. Ale prababka wzruszyła tylko ramionami.

– Idź już – powiedziała. – Muszę się zdrzemnąć.

Gdy w podłym nastroju wróciłam do domu, od razu usłyszałam ten turkot. Wbiegłam do kuchni. A tam, przy kuchennym stole siedziała mama i w wielkim skupieniu wszywała zamek do czerwonej spódnicy.

– Zobacz – powiedziała w radosnym zdumieniu – Prababcia Hortensja kupiła nam maszynę do szycia!

Advertisements