ZIELONE JAJA

W upalne popołudnia sierpniowe Klementyna lubiła chować się do stodoły. Stodoła była ogromna, cała zrobiona z luźno pozbijanych desek, przez które przeciskały się promienie słońca i padały wąskimi, świetlistymi paskami na ułożone wewnątrz bele siana, stare maszyny rolnicze i skrzynie na jabłka.

Wdrapywała się po trzeszczącej drabinie na stryszek i kładła się na sianie, czasem zapadając w drzemkę, a czasem po prostu wyobrażając sobie różne rzeczy. Nudziła się na tych wakacjach na wsi. Gospodarstwo stało na samym środku ciągnącego się aż po horyzont, płaskiego jak deska pola. W pobliżu nie było żadnych domów, ani dzieci, z którymi mogłaby się bawić, ani drzew, na które mogłaby się wdrapywać, ani strumienia podskakującego wesoło na kamieniach, ani gór, których szczyty nigdy nie wyglądają tak samo i na które patrzenie nigdy się człowiekowi nie nudzi.

Były tylko trzy kury i jeden bardzo zarozumiały kogut. Codziennie rano Klementyna chodziła po całym gospodarstwie szukając jaj. Kury były tak głupie (albo złośliwe), że nigdy nie znosiły ich w kurniku, a zawsze w jakichś dziwacznych miejscach jak drewniane chodaki stojące w sieni, grządki z kapustą, pryzma z węglem w piwnicy. Często też ukrywały je w sianie w stodole. Dlatego też Klementyna nie zdziwiła się specjalnie, kiedy pewnego razu, przewracając się na lewy bok w czasie swojej popołudniowej półdrzemki, trafiła ręką na jakiś twardy i okrągły kształt.

“Ale duże!” – pomyślała, gdy wydobyła jajo z siana. – “O, jest i drugie!”

Rzeczywiście, zagrzebane w sianie leżały dwa spore jajka o lekko zielonkawym odcieniu skorupki. Były bardzo ładne. I w tym momencie Klementyna postanowiła, że nie zje jutro na śniadanie jajecznicy, a wyhoduje sobie dwa małe, śliczne kurczaczki z tych jajek. “Będę miała kim się opiekować i z kim bawić, hurra!”

Ostrożnie zaniosła jaja do domu, umieściła je w koszyku wysłanym watą i położyła na nie termofor z gorącą wodą. Wodę musiała zmieniać bardzo często, bo dość szybko stygła. W nocy nastawiła sobie budzik i wstawała co godzina, by wypełniać termofor wrzątkiem. Trwało tak przez całe trzy dni. W końcu Klementyna doszła do wniosku, że już nic się z nich nie wykluje. “Jakieś felerne jaja” – powiedziała sobie – “Powinnam od razu poznać po kolorze”.

I w tym momencie skorupka na jednym z nich zaczęła pękać! Po chwili również drugie zarysowało się drobną siatką mini-szczelinek. Klementyna wstrzymała oddech…

No, cóż. Powiem krótko; nigdy w życiu nie była bardziej zdziwiona, niż kiedy najpierw z pierwszego, a potem drugiego jaja wykluły się małe, łyse i zielonkawe stworki, niczym nie przypominające żółtych i puszystych pisklaczków!

W miejscu, gdzie powinny mieć dzioby, miały długie, miękkie rurki, przez które wydawały przedziwne, świszczące dźwięki. Zamiast dwóch chudych kurzych nóżek posiadały po cztery grube łapy i coś w rodzaju ogona. Zdecydowanie nie były to małe kurczaczki!

“Ale CO to może być?” – pomyślała Klementyna.

slonio-smoki

W ciągu kolejnych dni była bardzo zajęta karmieniem i zabawianiem maluchów, które podnosiły wielki płacz, gdy tylko oddalała się od koszyka. Karmiła je mlekiem, które wciągały przez swoje trąby, bardzo śmiesznie przy tym prychając i kichając. A także rozdrobnionymi kawałkami owoców. Kurzymi ziarnami zdecydowanie wzgardziły. Lubiły też bułkę namoczoną w wodzie i sok malinowy. A gdy trochę urosły, Klementyna przyłapała je na łowieniu much, które bardzo sprawnie wciągały do swoich długich nosów.

Już nie nudziła się na wakacjach na wsi, o nie! Tyle miała roboty i uciechy z dwoma małymi zwierzakami, że zabrakło jej nawet czasu na wylegiwanie się w stodole.

Mijał dzień po dniu i wreszcie  nadszedł koniec sierpnia, a z nim – koniec wakacji. Następnego dnia Klementyna miała wrócić pociągiem do swojego domu w Miasteczku Między Górami. Zastanawiała się, co robić z dwoma maluchami, które w międzyczasie urosły już tak bardzo, że trudno je było wciąż tak nazywać, a jeszcze trudniej – zapakować do walizki. Prawdę mówiąc były już wielkości sporych piesków. Buczuś i Bączek (bo takie imiona im nadała) hasały po podwórku zupełnie nieświadome zbliżających się zmian. Klementyna wyszukała najmniej zniszczoną skrzynię na jabłka, wymościła ją ulubionym kocykiem Buczusia i przykryła zniszczonym słomkowym kapeluszem, pod którym Bączek uwielbiał się chować. “To musi wystarczyć” – pomyślała.

W pociągu na szczęście nie było tłoku i dopiero po godzinie jazdy do przedziału wszedł chudy, wysoki pan z brodą. Rzucił jedno spojrzenie na baraszkujące na siedzeniu maluchy i powiedział:

– O, jakie ładne słoniosmoki!

W ten sposób Klementyna dowiedziała się, kim są jej Buczuś i Bączek.

I to właściwie koniec tej historii.

Słoniosmoki mieszkały w domu Klementyny do momentu, gdy były już za duże, by się w nim zmieścić. Wtedy Miejska Straż Pożarna przyjechała ze swoimi drabinami i przy pomocy dźwigu wypożyczonego od Pana Burmistrza, strażacy podnieśli dach. Buczuś i Bączek rozwinęły swoje wielkie skrzydła (które wyrosły im w międzyczasie) i głośno trąbiąc na swoich trąbach odleciały w stronę gór.

– Czy kiedyś wrócą? – zapytała Klementyna przez łzy.

– Na pewno – odpowiedział kapitan Strażaków – Słoniosmoki zawsze wracają.

Reklamy