ŁUKASZEK

chłopiec proca

 

Klementyna poznała Łukaszka pewnej niedzieli, kiedy wszystkie dzieci siedziały w domach przed telewizorami i psuły sobie wzrok.

Bawiła się właśnie na podwórku (bo ich telewizor Tata wyrzucił przez okno poprzedniej niedzieli i nie było co oglądać – te kilka śrubek i lamp, jakie z niego zostało, obejrzała już dość dokładnie w ciągu minionego tygodnia, kiedy Tato starał się go z powrotem złożyć do kupy); więc bawiła się właśnie Kasią, to znaczy układała Kasię do snu (Kasia to jej najładniejsza lalka; tego dnia miała na sobie błękitną sukienkę w małe, białe kwiatuszki i błękitne kokardy we włosach) i nuciła pochylona nad jej wiklinowym wózeczkiem:

Kasiu, Kasieńko,

Mała rybeńko,

Zaśnij, pacanie,

Bo ci się dostanie!

Była to ulubiona kołysanka Klementyny, Kasia zasnęła więc natychmiast, żeby nie słuchać tych bzdur przez całe popołudnie. I kiedy Klementyna wyprostowała się znad wózka – zobaczyła go. Stał pod płotem, kryjąc się za wysokimi pokrzywami i dłubał palcem w nosie.

Jego małe, czarne oczka błyszczały ciekawością. Klementyna udała, że tego nie widzi. Poprawiła kołderkę Kasi i ruszyła na spacer. Objechała podwórko trzy razy w koło, rozmawiając sama ze sobą z wielkim przejęciem:

– Tak, tak, ma pani całkowitą rację. Te pralki bardzo niszczą bieliznę. Ja wszystko piorę ręcznie. W mleku. Wspaniale wybiela. I jakie zdrowe!

A także:

– Oczywiście. Oboje z mężem uwielbiamy sałatkę z tuńczyka. Przyrządzam ją zawsze z kremem waniliowym. Mogę dać pani przepis, droga pani. To żaden kłopot, skądże!

Ale nie mogła się powstrzymać od zerkania w kąt podwórka, by sprawdzić, czy ten obcy chłopczyk wciąż ją obserwuje. Stał nieruchomo, od czasu do czasu pociągając nosem.

– Nie masz chusteczki? – zagaiła wreszcie zatrzymując się tuż przed kępą pokrzyw.

– Nie – powiedział chłopczyk i wbił wzrok w swój zniszczony lewy bucik, którym gmerał w ziemi.

– Nie wychodzi się z domu bez chusteczki. Chusteczka zawsze może się przydać. Nie wiesz o tym?

– Wiem.

– To czemu nie wziąłeś?

– Bo nie! – chłopczyk popatrzył na nią ze złością.

– Nie to nie! Chciałam się z tobą pobawić, ale skoro jesteś niegrzeczny, to baw się sam.

– Nie bawię się z dziewczynami.

– A czemu?

– Bo są głupie.

– Aha. No to do widzenia! – powiedziała Klementyna wyniośle i bardzo godnym krokiem odeszła w stronę ławki.

Chłopczyk nie ruszył się z miejsca. Klementyna pomyślała, że jest dziwnie ubrany: przykrótki, jadowicie zielony sweterek był na pewno za ciepły na to sierpniowe, słoneczne przedpołudnie, a potwornie wypchane na kolanach, brązowe rajtuzy zupełnie śmieszne – kto to widział, żeby tak się ubierać?! I to mężczyzna! W rajstopach! Poza tym miała wrażenie, że nie był zbyt czysty. “Dobrze, że nie zaczęłam się z nim bawić – pomyślała. – To jakiś dzikus”. Kołysała Kasię w wózeczku i starała się nie patrzeć w jego stronę, ale było to ponad jej siły – wciąż zerkała za pokrzywy.

“Po co on tam stoi? I gapi się na mnie. Wstrętne chłopaczysko!”

– Idź już sobie! – krzyknęła, ale nic się nie poruszyło w kącie podwórza. – Bo zawołam Tatę – dodała bez przekonania.

Chłopczyk pokazał język.

I nagle stało się coś dziwnego – cały świat zszarzał i zamilkł w trwożnym oczekiwaniu. Klementyna rozejrzała się dookoła. W półmroku dostrzegła ogonek Myszki znikającej za kubłem na śmieci i usłyszała jej ciche popiskiwanie.

“Co się dzieje? – pomyślała. – Może to Koniec Świata?”.

Ale nie był to Koniec Świata. Kiedy Klementyna podniosła głowę, zobaczyła, że na dachu usiadła ogromna Wrona – była wielka jak dorodny słoń i czarna jak kamień węgielny.

Przesłoniła sobą całe niebo.

Przyleciała z najdalszej, najciemniejszej części Wielkiego Lasu i była bardzo głodna. Zakrakała radośnie na widok dzieci, mając nadzieję na smaczny obiadek, a zabrzmiało to jak grzmot sześciu piorunów. Kasia zakwiliła z przerażenia, a Klementyna schowała się pod ławkę.

Tylko obdarty chłopczyk zachował zimną krew. Przestał dłubać w nosie i sięgnął ręką za gumkę swoich rajstop. Miał tam zatkniętą procę. Z ziemi podniósł spory kamień i wycelował uważnie.

Wrona przechyliła łeb i rozdziawiła dziób.

Chłopczyk wystrzelił. Kamień wpadł prosto do gardła ptaszyska, które, krztusząc się straszliwie, rozwinęło skrzydła i odleciało.

Podwórko znów rozjaśniło się blaskiem słońca.

Klementyna wystawiła nosek spod ławki, a potem z podziwem popatrzyła na chłopczyka. Już nie wydawał jej się śmieszny. Ani brudny. Nawet wypchane na kolanach rajtuzy jaśniały teraz w jej oczach jakimś tajemniczym blaskiem. Przytuliła do siebie Kasię i weszła w pokrzywy.

– Jesteś strasznie dzielny – wyszeptała nieśmiało, stając tuż koło niego. – Jak masz na imię, rycerzu?

– Łukaszek – powiedział  chłopczyk i pociągnął nosem.

 

Reklamy