BUTY ŚWIĘTEGO MIKOŁAJA

sw.mikolaj

 

Bratanek Świętego Mikołaja, który od 20 lat pracował w sklepie z krawatami, zawsze okropnie zazdrościł stryjowi jego zajęcia. “Robota tylko przez miesiąc w roku, reszta to urlop!” – tak sobie myślał. – “No i jaka przyjemna praca! Ma się tyle prezentów, ile się chce; a te których się nie chce, oddaje się dzieciakom!” – bo tak sobie wyobrażał pracę Mikołaja.

Zwykle tak jest, że kiedy patrzymy na to, co robią inni, to wydaje nam się to znacznie przyjemniejsze i łatwiejsze niż to, co robimy sami. Jedynym sposobem, żeby przekonać się, jak jest naprawdę, to, jak mówią w zagranicznych krajach, “wejść w czyjeś buty”. I to właśnie się przydarzyło bratankowi Świętego Mikołaja!

Pewnego razu, gdzieś tak na początku grudnia, zauważył pod drzwiami sypialni stryja jego dwa ogromne buciory. Były bardzo zabłocone, bo poprzedniego dnia padał śnieg z deszczem i na ulicach zrobiło się straszne błoto. Mikołaj nie chciał więc zabrudzić podłogi w sypialni, bo pani Mikołajowa natarłaby mu za to uszu. Zostawił je więc za progiem.

Bratanek szybko zdjął swoje kapucie z pomponami i wsunął kościste stopy w buty Mikołaja… O rety, co się nadziało! Po pierwsze wyrosła mu siwa broda, prawie do kolan, bo był mniejszy od przeciętnego Mikołaja, a broda Mikołaja jest zawsze tej samej, przepisowej długości 33,5 cala. Po drugie – poczuł okropny ciężar na plecach, który prawie przygniótł go do podłogi. Powoli przekręcił głowę i zauważył, że na plecach ma wielki wór.

– Ha! – zawołał, a raczej zapiszczał, bo z wysiłku głos zrobił mu się cieniutki jak pajęcza nitka – Cały wór prezentów! Zaraz wybiorę sobie coś fajnego.

Stękając z wysiłku poszedł do swojego pokoju, zamknął drzwi na klucz i wysypał zawartość worka na podłogę. Czego tam nie było! Paczki większe, paczki, mniejsze! Czerwone, zielone i w ciapki! Z kokardkami albo bez. Ciężkie i zupełnie leciutkie. Bratanek Mikołaja – zapomniałam Wam powiedzieć, że miał na imię Maurycy – tak więc Maurycy usiadł na dywanie i zaczął rozrywać papier jednej paczki po drugiej. Z podniecenia dostał wypieków na policzkach i strasznie zaczęła go swędzieć skóra pod brodą. Ale nie zwracał na to uwagi tylko rozpakowywał kolejne prezenty. Było ich tyle, że nie mógł się zdecydować, którym bawić się najpierw. Sięgał po wóz strażacki, ale zaraz go odkładał, bo kątem oka dostrzegał sweterek w renifery i koniecznie chciał go przymierzyć. Gdy już go zaczynał wciągać przez głowę, nagle odzywała się melodyjka w którejś z paczek, i natychmiast musiał ją otworzyć, żeby sprawdzić, co to takiego. Gdy zaczął budować tory  czerwonej kolejki elektrycznej, zauważył Gadającego Misia. Zanim zdążył zamienić z nim dwa słowa, już widział coś nowego, i tak przez cały czas. Po godzinie był tak zmęczony, jak jeszcze nigdy w życiu! I wcale nie bawił się dobrze – zabawek było po prostu za dużo, i Maurycy czuł się kompletnie zagubiony w masie papieru, sznurków i wstążek.

Nagle usłyszał bicie Mikołajowego zegara z pingwinem (no, wiecie, tradycyjne zegary miały często kukułkę, która wyskakiwała ze swojego domku nad cyferblatem i wykukiwała godziny; w zegarze Mikołaja wyskakiwał z igloo pingwin i stepował). Ten zegar zawsze przypominał Mikołajowi, że już czas ruszać do roboty.

Maurycy z przerażeniem rozejrzał się po pokoju – rozpakował chyba wszystkie paczki… Co zaniesie teraz dzieciom? Najpierw próbował ze strzępków papieru i sznurka zrobić ponownie ładne paczuszki, ale szybko zrezygnował – wszystkie wyglądały wprost okropnie; pogniecione i krzywe. Na dodatek zdążył już w swojej pośpiesznej zabawie popsuć większość zabawek – z przerażeniem zauważył, że różowy rowerek ma wykrzywione koło, w bębenku jest dziura, a Gadający Miś na chrypę. “To na nic!” – pomyślał. – “Ale może coś jednak zostało?”

Zajrzał do worka i zauważył na dnie jedną małą paczuszkę, owiniętą w błyszczący papier we wzorek ze śnieżynek i przewiązaną złotą wstążeczką. “Dla Haneczki…” – odczytał na malutkiej zawieszce – “od kochającego Świętego Mikołaja!”

– Ha! – zawołał Maurycy z nową energią. – Dostarczę ten prezent, choćby nie wiem co! Będę najlepszym Świętym Mikołajem świata!

Przed domem czekały sanie zaprzężone w dwanaście reniferów, ale Maurycy bał się zwierząt z rogami, więc pojechał do miasta tramwajem. W tramwaju wszyscy uśmiechali się do niego, niektórzy poklepywali go po plecach i pozdrawiali mile, a on na wszystkie pytania odpowiadał “Ho, ho, ho!”, bo myślał, że tak właśnie musi zachowywać się Święty Mikołaj. Zauważył jednak, że niektórzy ze zdziwionymi minami przyglądają się jego workowi, który zwisał oklapnięty i smętny z jego pleców, i wyglądał na pusty.

– Czy w tym roku nie dostanę prezentu? – zapytała z drżeniem w głosie mała dziewczynka siedząca koło swojej babci.

– Dostaniesz, na pewno, dostaniesz, kochanie, przecież byłaś bardzo grzeczna –  odpowiedziała pocieszająco babcia. – Prawda, Święty Mikołaju? – dodała groźnie, spoglądając na Mikołaja.

– Ho, ho, ho! – odpowiedział Mikołaj i wyskoczył z tramwaju, bo akurat zatrzymali się na przystanku.

Długo błąkał się nieszczęsny Maurycy po mieście szukając Haneczki. Buty, choć tak mocne i grube, przemokły mu zupełnie, a na dodatek otarły mu pięty. Nabawił się kataru, przemarzł do kości, był głodny i nieszczęśliwy. “Gdzie mieszka ta cała Haneczka?” – zastanawiał się. Czytał tabliczki na drzwiach we wszystkich domach i na wszystkich piętrach, i nigdzie Haneczki nie było. Byli Państwo Piotrowascy, Z.i G. Miklaszczak, Prof.Dziubczyk, Stefania Pirogród, ale Haneczki ani śladu! W końcu zmęczony i zdesperowany usiadł na klatce schodowej w jakimś bloku, zaparł się o balustradę i zaczął ściągać buty, by obejrzeć pęcherze na piętach. Jak tylko zdjął pierwzsy, świat nagle zawirował i Maurycy znów znalazł się tuż przed sypialnią stryja, a przed nim stały Mikołajowe buciory… Maurycy przetarł oczy. A potem szybciusieńko, na palcach, udał się do swojego pokoju, zamknął drzwi na klucz i uznał, że praca w sklepie z krawatami, nie jest znowu taka najgorsza.

 

Reklamy