DZIURA DO BAJOLANDII  – cz. 1

Tatuś wyjechał w Delegację i w domu zrobiło się jakoś dziwnie. Mama chodziła z kąta w kąt i z nadzieją patrzyła na telefon.

Telefon milczał.

Uparcie.

Niepozmywane naczynia zawalały całą kuchnię, a kurz miękkimi kołderkami otulał wszystkie meble. Mijał tydzień za tygodniem.

Nie wychodziły nigdzie; tylko do sklepu po bułki i mleko, i na pocztę do okienka z napisem: LISTY OD TATUSIÓW, ale siedząca za nim panienka z głową całą w loczkach i czerwono wymalowanymi paznokciami zawsze na ich widok przecząco kręciła głową.

– Nic dla pań nie ma, niestety! – wzdychała z fałszywym współczuciem.

 

IV-58A

 

 

Klementynę zaczynało to już nudzić. Tatuś, owszem, przydaje się czasem, ale żeby robić takie historie, kiedy go nie ma! – nie mogła swojej Mamy zrozumieć.

Tymczasem niepostrzeżenie nadeszła wiosna: wszystko zaczynało pachnieć, ćwierkać i zielenić się, wszystko rozkwitało i radowało się. A Mama więdła w oczach. Wsadzała nos w książki i nie chciała nic widzieć: ani wiosennego wietrzyka, ani młodziutkich, bieluchnych obłoczków, ani nawet pierwszych pędraczków. Okropna historia.

 

Czarne literki rozbiegane po zimowo białych przestrzeniach kartek przesłoniły jej cały świat.

– Mamo, chodźmy gdzieś! – prosiła Klementyna.

– Nie przeszkadzaj mi. Czytam – mówiła Mama, bo bała się wyjrzeć na świat z bezpiecznej krainy swoich książek, które tak dobrze znała: i te o potworach ziejących ogniem, i te o wytwornych paniach, które żyły już bardzo dawno temu, ale które były jej prawdziwymi przyjaciółkami, i o czarodziejach i królach, o wojnach i balach – ach, jak wspaniale i kolorowo było w papierowym świecie! Nie trzeba było pamiętać o nudnej rzeczywistości. I o tym, że Tatuś gdzieś się zapodział.

Stopniowo Klementyna przejęła wszystkie obowiązki gospodyni: prała i gotowała, próbowała sprzątać i robić zakupy.

 

Różnie jej to wychodziło, ale Mama zdawała się nie zwracać zupełnie uwagi, czy je tasiemki ugotowane omyłkowo zamiast makaronu, czy nic w ogóle. Całe szczęście, że było już tak ciepło, bo przy myciu okien Klementyna stłukła trzy szyby i o mało co sama nie zleciała z drugiego piętra, ale Mama poprawiła tylko okulary i czytała dalej.

Czytała tak i czytała, aż któregoś dnia Klementyna zauważyła ze zdziwieniem, że Mama zaczyna powoli znikać!… Najpierw wydawało jej się, że to złudzenie, ale po kilku dniach, kiedy z trudem już tylko dostrzec mogła zarys jej głowy i ręce trzymające grubą powieść, nie mogła już mieć wątpliwości: Mama znikała naprawdę! Rozpływała się w książkach, tonęła w nich.

– Mamo! – zawołała.

Ale Mama jej nie słyszała.

Klementynie łzy stanęły w oczach. Wprawdzie na ogół dość sceptycznie odnosiła się do swoich rodziców, ale stracić matkę w taki sposób – i to w tak młodym wieku… Oczyma wyobraźni widziała się już w nędznej sukienczynie na schodach jakiegoś ponurego Domu Dziecka: biedną, małą Sierotkę, której ojciec wybył w nieznane, a matka wyparowała… Tak ją ten obraz poruszył, że wybuchnęła płaczem.

Mama lekko zmarszczyła czoło i czytała dalej.

Klementyna pobiegła szybko do kuchni i przyniosła wszystkie garnki, w których nie było zaschniętych zup i pleśniejących makaronów – to znaczy wielki gar do gotowania bielizny i maleńki garnuszek na jajka. Potem wyjęła z szuflady tłuczek do ziemniaków i zaczęła walić nim z całej siły. Garnki zagrały potężnie! Ze ścian i sufitu osypał się tynk.

Mama zdmuchnęła go z książki i czytała dalej.

– Pali się! – wrzasnęła Klementyna prosto do jej ucha – POOOŻAAAR!!!

– Tak, tak – powiedziała Mama – Weź trzy łyżeczki, kochanie.

Klementynie opadły ręce. Usiadła na podłodze i zaczęła cicho pochlipywać.

(c.d.n.)

 

IV-58

 

Reklamy