WIOSNA

krokusy

 

Wiedźma Bździnducha obudziła się tego dnia w wyjątkowo ponurym nastroju. Za oknem było szaro i buro, padał deszcze ze śniegiem – jak to w marcu w górach. Piec dymił, w domu czuć było wilgoć.  “Powinnam przeczyścić komin” – pomyślała Wiedźma bez entuzjazmu, patrząc w okno, po którym spływały strugi deszczu.

Zamiast tego wciągnęła kołdrę na głowę i zacisnęła powieki. “Może uda mi się jeszcze trochę pospać”. Ale się nie udało. Po głowie Bździnduchy przelatywały setki myśli – wszystkie niezałatwione sprawy, przykre obowiązki i obietnice wymagające spełnienia. “Nie, tak się nie da!” wykrzyknęła i wystawiła chude nogi spod kołdry. Od razu przejął ją wilgotny chłód. Szczękając zębami wciągneła wełniane skarpetki, z których jedna miał wielką dziurę na palcu, a druga na pięcie. “Powinnam zrobić pranie” – westchnęła. Ale po co prać, skoro w tej wilgoci i tak nic nie wyschnie?

Na śniadanie zjadła przypaloną owsiankę i popiła gorzką herbatą z pokrzywy, co niezbyt popawiło jej humor. Kiedy wyszła na dwór, od razu lodowaty deszcz ze śniegiem dostał się jej za kołnierz, a po chwili w nieszczelnych kaloszach zaczęła chlupotać woda.

Bździnducha z zaciętą miną chwyciła za skobel przy wiszących krzywo na jednym zawiasie drzwiach do szopy. Otworzyły się z niemiłym zgrzytem. Biała Owca, wyglądająca na dwór przez małe, zakurzone okienko, odwróciła głowę. “Meee” – powiedziała z wyrzutem. Rzeczywiście, jej pora śniadania dawno minęła.

Później, choć obie nie miały na to najmniejszej ochoty, ruszyły na swój codzienny spacer. Kiedy z pochylonymi głowami dreptały po chybotliwym mostku rozwieszonym nad Bardzo Głęboką Szczeliną, a marcowy wiatr zacinał niemiłosiernie, Wiedźma zastanawiała się, po co właściwie to wszystko. “Dla zdrowia?” – zastanawiała się ponuro. – “Będzie cud, jak obie nie nabawimy się kataru”. Prawda była taka, że robiły tak od zawsze, a przyzwaczejenia z czasem stają się drugą naturą, choćby ich sens dawno wyparował.

Za mostkiem stało się jednak coś, co raczej nie powinno się zdarzyć – Biała Owca, zamiast skręcić w prawo, skręciła w lewo i zaczęła dreptać wąską dróżką biegnącą niebezpieczne blisko skraju Szczeliny. Postronek wypadł ze zdrętwiałej z zimna dłoni Bździnduchy.

– Hej! – zawołała – Dokąd to?

Ale Owca nie odwróciła głowy, tylko jeszcze przyśpieszyła kroku. Chcąc nie chcąc Wiedźma ruszyła za nią.

Dogoniła ją za zakrętem ścieżki, która ostrym łukiem opasywała skałę wiszącą nad Szczeliną.

– Tu jesteś! – wysapała na widok Owcy, która siedziała na mokrej trawie wystającej spod łachy śniegu i wpatrywała się w coś przed sobą.

Wiedźma podeszła bliżej.  W jednej z dziur w śniegu pokrywającym stok hali zobaczyła coś fioletowego. Przetarła zaparowane okulary.

– A, już się pokazały – stwierdziła. – Dość wcześnie w tym roku – dodała.

Wyjęła z kieszeni chustkę do nosa, rozłożyła na kamieniu i usiadła obok Owcy.

– Wiosna – westchnęła, wpatrując się w kępkę fioletowych krokusów.

 

 

 

 

 

Reklamy