DZIWAKI

butelka

Był sobie raz wieloryb
Najmniejszy na świecie chyba;
Być mniejszym od tyciej rybki,
To straszne dla wieloryba

Śmiały się z niego ukwiały,
Pąkle ze śmiechu pękały
I nawet plakton chichotał,
Że taki strasznie jest mały.

Więc przeniósł się do butelki,
Dla niego to morze wielkie,
Co z tego kiedy wieloryb
Czuł się nabity w butelkę.

Taki samotny i tyci,
Inny niż inne ryby…
“Że do nich nie dorastam,
To gorszy jestem niby?”

Zamieszkał w Warszawie na Dziwnej
Z innymi cud-dziwakami,
W miejscu, gdzie wszyscy wcale
Nie muszą być tacy sami.

Były tam zebry w kratkę,
Koń, który mówi i śpiewa,
Cztery pół-foki-pół-kwoki
I meee becząca mewa.

Był tygrys, co tylko by gryzł
Trawę i polne kwiatki,
Ślimak, co strasznie się ślinił
Na widok z kaktusów sałatki.

Dziwaków było bez liku
I jakoś sobie radzili.
Może nie byli byli najlepsi,
Lecz za to byli mili.

Bałaganili okropnie
I wszystko zapominali,
Lecz żyli w wielkiej zgodzie
Ci duzi i ci mali.

Nikt nie dogryzał nikomu
I nikt nie zjadał nikogo,
Nawet gdy był bardzo głodny
I z łóżka wstał lewą nogą.

Wieloryb mniejszy od pchełki
Czuł się jak ryba w wodzie
Pośród tych wszystkich dziwaków
O nieco odmiennej urodzie.

Z całej tej stworów gromady
Przyjaźnił się zwłaszcza z dwoma.
Przedstawiam: Łysy Jeż Felek
I Słoń z Trąbą w Miejscu Ogona

Łysina w wypadku jeża
To smutna rzecz niesłychanie.
Bez igieł jeż nie jest jeżem
I jeżyć się nie jest w stanie.

A co do trąby na pupie…
No, cóż, rozumiecie to chyba,
Każde trąbnięcie z tej strony
Czymś ciut odmiennym się wyda.

Lecz w gronie przyjaciół nieważne,
Że komuś coś nie wychodzi
Albo wychodzi nie tędy…
Co to to komu szkodzi?

Albo że ktoś chodzi goły,
Bo igły zgubił jesienią
Nawet gdy wiosną odrosną
I tak niczego nie zmienią.

Z iglami czy też bez igieł,
Z trąbą z tyłu czy z przodu –
Nikt nie jest doskonały
I martwić się nie ma powodu.

Grunt to mieć fajnych przyjaciół:
Jeż, Słoń i Wieloryb tyci
Razem wszystko robili,
Bo bardzo byli zżyci.

Aż razu pewnego we wtorek
Rzecz się okropna stała:
Na Dziwną się wprowadziła
Istota Wprost Doskonała.

Była w sam raz i akurat,
Wzrost jak należy i waga,
Nos z przodu, a plecy z tyłu
I żadnych braków – uwaga!

Wszystko miała jak trzeba,
Gdzie trzeba również to miała,
Równiutkie, zgrabne i ładne…
No i na wszystkim się znała.

“Dzień dobry” – tak zaczęła –
“Pogoda piękna z rana!”
Bo była doskonale
Recz jasna wychowana.

“Trzeba tu zrobić porządek” –
Nosek lekko zmarszczyła –
“Ja wszystko zorganizuję!”
(starała się być miła).

“Jeż tylko niech się zasłoni…
Nie słoniem!… to nie wypada!
A słoń ma przestać trąbić
Zupełnie, trudna rada!”

“A co jest w tej butelce?
Wieloryb?… Dobre sobie!
Szkło na resajkling oddamy.
Daj, lepiej sama to zrobię!”

I nim ktoś zdążył cokolwiek,
Istota Wprost Doskonała
Butelkę wyrwala z łap Jeża
I wodę do zlewu wylała!

Wszyscy zamarli na chwilę,
A potem zrobił się zamęt:
Ktoś zemdlał, ktoś pisnął, ktoś świsnął,
Ktoś inny wylał atrament.

Rozbiegły się wszystkie dziwaki,
Kto włos miał, to rwał go z głowy.
“Wieloryb został wylany!”
“On zginie!”, “Nie, nie ma mowy!”

“Do rur! “- wrzasnęły dziko –
“Może go jeszcze złowimy!”
I nagle wszystkie wybiegły
Tuptając jak pingwiny.

Istota Wprost Doskonała
Sama na Dziwnej została.
“To doskonale!”- stwierdziła.
“Wybornie” – powiedziała.

Sama zjadla kolację,
Sama się z sobą bawiła,
Sama sprzątnęła zabawki,
Dla siebie była miła.

Wszystko szło jej jak z płatka,
Nikt nie przeszkadzał, nie brudził,
Było wprost doskonale
Bez tych dziwaków i ludzi.

Tak doskonale, aż w końcu
Nic więcej się zrobić nie da,
Nic dodać ani nic ująć…
“To nudne! “- w tym cała bieda.

Istota Wprost Doskonała
Wiedziała to doskonale,
Że osiągnęła ideał –
Co nie cieszyło jej wcale.

Zalała się łzami, a nawet
Tupnęła nogą trzy razy!
“Nie chcę być doskonała!
Nie chcę być taka bez skazy!”

Na szczęście w tej wlaśnie chwili
Wróciły wszystkie dziwaki,
Naniosły mnóstwo błota,
Bo miały zwyczaj taki.

Wróciły zebry w kratkę,
Koń, który mówi i śpiewa,
Cztery pół-foki-pół-kwoki
I meee becząca mewa.

I tygrys, co tylko by gryzł
Trawę i polne kwiatki,
Ślimak, co strasznie się ślinił
Na widok z kaktusów sałatki.

Wrócił też Jeż Całkiem Łysy
I Słoń z Trąbą w Miejscu Ogona
Wszyscy co do jednego –
Cała ferajna szalona.

Bo mieli też rury kawałek,
Uczenie kolankiem zwany,
A w nim się pluskał radośnie
Wieloryb – URATOWANY!

Zaraz zrobili przyjęcie
Z tortem i balonami.
Tort krzywy był, a balony
Całe usiane dziurami.

Ale co z tego, skoro
Bawili się znakomicie,
Wrzeszczeli, skakali, fruwali,
Biegali też po suficie.

Zebry zebrały się w sobie
I odtańczyły kankana.
Ślimak rozbawił wszystkich
Udając skórkę banana.

Tyrys w kanapie wygryzł
Wzorek w prześliczne kwiatki.
Koń zamilkł, za to żonglował
Fokami – widok to rzadki.

Gdy skończył, pół-foki-kwoki
Poemat wygdakały
I choć był w kuro-foczym,
Zachwyt wywołał niemały.

Słoń trąbił trąbą bez przerwy,
Wspaniałe to były fanfary!
Mewa beczała jak owca
I dziobem waliła w gary!

Na koniec Jeż zwszystkich wzruszył,
Gdy tulił w ramionach każdego:
“To super, że nie mam igieł,
Mogę cię objąć, kolego!”

A tyci wieloryb z powodu,
Że znów jest na Dziwnej w Warszawie
Tak się przepełnił szczęściem,
Że zobaczyli go prawie.

Przyznacie – było wesoło,
Zabawa się świetnie udała
A kto się najlepiej bawił?…
Istota Niedoskonała!

I zamieszkała na Dziwnej
Z innymi cud-dziwakami,
W miejscu, gdzie wszyscy wcale
Nie muszą być tacy sami.

 

 

 

 

 

 

Advertisements